Ban dla Donalda Trumpa i zamknięcie Parler – ITbiznes w Biznes24 odc. 41

Ban dla Donalda Trumpa i zamknięcie Parler – ITbiznes w Biznes24 odc. 41

31 stycznia 2021 0 przez Paweł Pilarczyk

Po ciężkim roku 2020, rok 2021 miał być już spokojniejszy. Zaczął się jednak jak w filmach Hitchcocka. Najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie coraz bardziej rosło. Na początku stycznia zwolennicy Donalda Trumpa przeprowadzili atak na Kapitol. Zginęło pięć osób. Atak był efektem nawoływania przez byłego prezydenta USA do bojkotu wyborów, które – jego zdaniem – zostały sfałszowane. Aby nie dopuścić do szerzenia przez Trumpa dezinformacji, jego konta w serwisach Twitter, Facebook i nie tylko zostały zablokowane. Ale wyłączono też serwis społecznościowy Parler, na którym gromadzili się zwolennicy Trumpa i ustalali szczegóły szturmu na Kapitol.

To nie zdarzyło się nagle

Ban dla ustępującego prezydenta Stanów Zjednoczonych na serwisach społecznościowych brzmi abstrakcyjnie, żeby nie powiedzieć komicznie. Ale konta Donalda Trumpa zablokowały praktycznie wszystkie internetowe serwisy społecznościowe.

Trump był niezwykle aktywny szczególnie na Twitterze, gdzie miał ponad 80 milionów obserwujących. Regularnie tweetował, chociaż wiele jego tweetów było niezwykle kontrowersyjnych.  Zarząd Twittera przestał tolerować tweety Trumpa jeszcze w maju, gdy w Stanach trwały zamieszki związane ze śmiercią George’a Floyda. 

W jednym z tweetów Trump napisał wtedy: “Gdy rozpoczyna się plądrowanie, zaczyna się strzelanie”, czym zasugerował zbrojny odzew na zamieszki. Twitter oznaczył tę wypowiedź jako „wyrażającą pochwałę dla przemocy”.

Donald Trump looting shooting

Chwilę później zamieścił tweeta, że nie ma szansy, by wybory korespondencyjne w USA były uczciwe i że na pewno zostaną sfałszowane. Twitter tę opinię oznaczył jako przekazującą fałszywe informacje.

Donald Trump głosowanie korespondencyjne

W efekcie Trump zagroził wprowadzeniem kontroli nad serwisami społecznościowymi, w tym zniesienie chroniącej je poprawki numer 230, która znosi ich odpowiedzialność za wypowiedzi użytkowników. Ale Trump zapowiedział nawet zamiar zakończenia działalności serwisów, które się nie dostosują.

Miarka się przebrała

W trakcie zakończonych niedawno wyborów prezydenckich w USA Trump ponownie zamieścił szereg kontrowersyjnych tweetów, w których twierdził, że wybory zostały sfałszowane i  że to on został wybrany na kolejną kadencję. Wezwał swoich wyborców do nie poddawania się.

W efekcie jego odezwy grupa jego zwolenników przeprowadziła szturm na Kapitol, o którym wszyscy słyszeliśmy na początku stycznia.

Aby nie dopuścić do podobnych sytuacji, Twitter i Facebook po raz pierwszy zablokowały konta Trumpa – Twitter na 12 godzin, Facebook na 24. Ale już dzień później obie sieci wydłużyły blokady bezterminowo, chociaż być może zdejmą je, gdy sytuacja polityczna w USA trochę się uspokoi.

Blokady na Trumpa zostały założone także przez sieci Instagram, Pinterest, YouTube, Reddit, a nawet Spotify i Shopify. Celem było zablokowanie – przynajmniej tymczasowe – możliwości komunikacji Trumpa ze swoimi radykalnymi zwolennikami.

Ban dla Trumpa to swojego rodzaju precedens

To początek nowej ery. Skoro odważono się na blokadę Donalda Trumpa, to już nikt nie jest nietykalny. To może być początek dużego procesu, o który apelowało wielu publicystów, naukowców i polityków – o skuteczną walkę z hejtem, dezinformacją i fake newsami w internecie.

Powinny powstać mechanizmy, które skutecznie usuwają tego typu treści z internetu, tak by docierały one do jak najmniejszej liczby osób. Trzeba zabrać możliwość głoszenia opinii w internecie osobom, które szerzą fałszywe informacje.

Proces blokowania takich kont już się powoli rozpoczyna. Konta pseudonaukowca Jerzego Zięby czy skrajnie prawicowej telewizji internetowej wRealu24 również zostały zablokowane na YouTube.

To są jednak punktowe przypadki, a potrzebne są tu kompleksowe mechanizmy. Jednocześnie powinny one zostać uregulowane prawnie, tak by decyzję o blokadzie na przykład polityków czy publicystów nie były wyłącznie w gestii firm technologicznych, ale ostateczne zdanie powinny mieć odpowiednie urzędy.

Ten temat poruszyliśmy zresztą w naszym podcaście. Zachęcamy do posłuchania całej rozmowy poniżej.

Parler zniknął z sieci

Parler to dość młody serwis społecznościowy, powstały w 2018 roku. Z założenia miał umożliwiać swoim użytkownikom pełną wolność słowa i swobodę wypowiedzi. Twórcy serwisu obiecali brak cenzury i praktyczny brak moderacji dyskusji

W efekcie na Parler przenieśli się wszyscy twórcy teorii spiskowych, ultraprawicowcy, faszyści czy głoszący tezy o szkodliwości szczepionek i 5G, twierdzący, że pandemii koronawirusa nie ma, albo że rozprzestrzenia go właśnie technologia 5G, a także że ziemia jest płaska i teoria o tym, że jest kulą, jest globalnym spiskiem.

To na serwisie Parler właśnie zwolennicy Trumpa umówili się na atak na Kapitol.

Aby nie dopuścić do kolejnych aktów przemocy, Google oraz Apple zdecydowały się usunąć aplikację Parler ze swoich sklepów, a dzień później Amazon zablokował serwery, na których utrzymywana była strona Parler.com.

Tuż przed jej zniknięciem użytkownicy Parlera grozili nawet atakami terrorystycznymi na serwerownie Amazonu, co pokazuje, że decyzja o zablokowaniu tego serwisu była jak najbardziej słuszna.

Kolejnym serwisem tego typu jest Gab.com, który notuje obecnie ogromny przypływ nowych użytkowników. Prawdopodobnie wkrótce podzieli los Parlera. Oczywiście zarządzający tego typu serwisami twierdzą, że to walka z wolnością słowa.

W Polsce z kolei niedawno ruszył serwis Albicla.com, związany z konserwatywną i prorządową Gazetą Polską, za którą stoi prawicowy publicysta, Tomasz Sakiewicz. Albicla – zdaniąem Sakiewicza – gwarantuje wolność słowa, chociaż ta swoboda wypowiedzi jest interpretowana w sposób co najmniej dyskusyjny, bo konta osób o liberalnych czy lewicowych poglądach są blokowane.

Blokowanie platform społecznościowych zapewniających nieskrępowaną wolność wypowiedzi jest oczywiście kontrowersyjne. Z jednej strony oznacza to, że to korporacje będą decydowały za użytkowników, co jest prawdą, a co nie.

Ale z drugiej istnieje potrzeba ograniczenia wolności wypowiedzi osobom, które szerzą jawne kłamstwa czy nawołują do przemocy. 

Kapitol mógł zostać zainfekowany

Wszyscy widzieliśmy zdjęcia i filmy ze szturmu zwolenników Donalda Trumpa na Kapitol. Mało kto zwrócił uwagę na jeden istotny element z punktu widzenia cyberbezpieczeństwa.

atak na kapitol

Fakt, że grupa nieuprawnionych osób dostała się do wnętrza Kapitolu i plądrowała między innymi pomieszczenia biurowe może mieć bardzo niebezpieczne skutki dla bezpieczeństwa sieci informatycznych.

Fizyczny dostęp do komputerów, przy których pracują państwowi urzędnicy, to marzenie każdego cyberprzestępcy. Praktycznie nigdy nie mają takiej możliwości i muszą infekować komputery zdalnie.

Tymczasem w tym wypadku nie tylko wystarczyło podpiąć zainfekowanego pendrive’a, ale na przykład ukryć urządzenia podsłuchowe w dowolnym miejscu, chociażby w myszach czy klawiaturach.

Będąc w bardzo niewielkiej odległości od dowolnych urządzeń internetu rzeczy również można je bardzo łatwo zainfekować szkodliwym oprogramowaniem.

W efekcie atak na Kapitol może mieć też inne skutki – może doprowadzić do wycieku lub zaszyfrowania bezcennych państwowych informacji. Po ataku administratorzy IT na pewno mają koszmary.

Aby mieć pewność, że państwowe systemy informatyczne są bezpieczne, powinni teraz przeinstalować systemy na wszystkich komputerach pracujących w budynku Kapitolu, ale także przeprowadzić gruntowny audyt bezpieczeństwa.

Z kolei urządzenia peryferyjne takie jak myszy, klawiatury, a także urządzenia internetu rzeczy najłatwiej i najtaniej jest po prostu zniszczyć i zastąpić nowymi, bo rozbieranie każdego i szukanie pluskiew byłoby zbyt kosztowne.