Co nowego w e-gospodarce – cz. 3

29 kwietnia 2013 0 przez Ernest Frankowski

Czas od ostatniej aktualizacji naszego cyklu przyniósł kilka interesujących wydarzeń w temacie szeroko pojętej e-gospodarki. Niestety, część z nich zmusza do konstatacji, że informatyzacja wielu obszarów życia społecznego i publicznego w Polsce jest trochę jak chomik kręcący się w kołowrotku. Niby szybko, niby dużo energii (zachowując chomicze proporcje), ale jednak w miejscu…

Cyfryzacja Polski… raz jeszcze

W sumie dobra wiadomość. Rząd zamierza wydać 30 miliardów (europejskich) złotych do 2020 r. na zapewnienie powszechnego dostępu do szerokopasmowego internetu. W zakresie realizacji tego programu Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji liczy na współpracę samorządów, którym program ma umożliwić wyeliminowanie plam wykluczenia cyfrowego z mapy Polski. Oznacza to w praktyce, że samorządy mają zająć się aspektem inwestycyjno-nadzorczym inwestycji w szerokopasmowy internet, a rząd będzie zapewniał wsparcie eksperckie, techniczne i finansowe.

Trochę to jednak dziwna informacja, jak na kraj w środku Europy i do tego w XXI wieku. Niestety, na tle europejskim Polska jest jednym z mniej usieciowionych krajów (zwłaszcza na terenach wiejskich). Plany są w związku z tym ambitne, na miarę obecnego naszego zapóźnienia. I tak,
Ministerstwo planuje, że do 2020 r. każdy obywatel będzie w zasięgu internetu
30 Mb/s. Z czego połowa mieszkańców Polski będzie mogła korzystać z internetu o
prędkości rzędu przynajmniej 100 Mb/s.

Strona rządowa zapewnia, że tym razem program będzie sukcesem
i nie powtórzy się sytuacja taka jak z dotychczasowymi programami budowy
powszechnego szerokopasmowego internetu. Przykładowo, usieciowienie Polski
wschodniej oraz odpowiednie programy wojewódzkie zaliczyły spektakularne klapy.
Ministerstwo deklaruje, że prace przygotowawcze do realizacji programu są w
toku i toczą się w obrębie grupy złożonej z przedstawicieli rządu, samorządów i
wojewodów. Z punktu widzenia finansowego, inwestycje będą realizowane z
Programu Operacyjnego Rozwój Polski Wschodniej oraz działań 8.3 i 8.4.
Niestety, niektóre samorządy i województwa już teraz zaliczają opóźnienia.
Wydaje się, że brakuje skoordynowanego zarządzania całym, tak potrzebnym,
projektem.

Wniosek jest zatem taki, że jeśli chodzi o powszechne
programy informatyzujące w Polsce, wciąż powtarza się jeden zasadniczy błąd.
Brak koordynacji i planowania. Inwestycje i programy dublują się albo są źle
zarządzane. Cóż, prawdopodobnie polskie władze uznają, że jesteśmy tak bogatym
krajem, że stać nas na marnotrawstwo czasu, pieniędzy, entuzjazmu
zaangażowanych ludzi oraz na zupełny brak pomysłów i priorytetów w zakresie
cyfrowego rozwoju. Dowody takich i innych fuszerek w projektach IT w Polsce są liczne.
Choćby kwestia…

…problemów
z systemem eWUŚ

Pisaliśmy jakiś czas temu o starcie tego z kolei systemu. Jak
się bowiem dowiadujemy, system ma problemy z zapewnieniem uczniom i studentom
przynależnej im bezpłatnej opieki zdrowotnej. Zgodnie bowiem z odpowiednimi
przepisami, absolwenci szkół ponadgimnazjalnych i wyższych zachowują prawo do
bezpłatnej opieki medycznej przez, odpowiednio, 6 i 4 miesiące po zakończeniu
nauki. W systemie eWUŚ to uprawnienie jednak, należne wcale małej grupie ludzi,
nie istnieje. Problem wynika z faktu, iż np. absolwenci studiów wyższych są
wyrejestrowywani z ZUS (w zakresie opieki zdrowotnej) w ciągu 7 dni od obrony
pracy naukowej. A system eWUŚ dane pobiera z ZUS właśnie. W efekcie, absolwenci
niesprawiedliwie tracą przysługujące im prawo do opieki medycznej, w zamyśle
pomyślane jako swego rodzaju bufor bezpieczeństwa w okresie przejściowym między
opuszczeniem murów szkoły/uczelni a podjęciem pracy (inna rzecz, że tylko
kilkumiesięczny okres szukania pracy po zakończeniu nauki jest w dzisiejszym
świecie co do zasady fikcją).

Co więcej, system eWUŚ ma także problemy młodymi ludźmi
podejmującymi zatrudnienie na zasadach umowy o dzieło i zlecenie w okresie małoletniości lub nauki (a więc wtedy, gdy są ubezpieczeni jako osoby pozostające
na utrzymaniu rodziców). Jeśli podejmą zatrudnienie, są wyrejestrowywani z
systemu. Kiedy jednak już zakończą swoje, najczęściej, chwilowe lub sezonowe
zarobkowanie, system automatycznie nie przywraca im ubezpieczenia zdrowotnego
jako należnego jako niesamodzielnym ekonomicznie członkom rodzin. Takich
logicznych "dziur" w działaniu eWUŚ jest niestety więcej. Zasadniczo, smutny
morał tej historii jest taki, że system ubezpieczeń społecznych i "jego"
narzędzie informatyczne są wrogiem najbardziej aktywnych młodych ludzi. A zatem
tych, którzy z sukcesem kończą swoją naukę lub próbują już w bardzo młodym
wieku dorzucić kilka groszy do budżetu swoich rodziców.

Nie tylko aktywni młodzi ludzie źle wychodzą na swojej
aktywności. Ostatnio, problemy (prawne) ma w Europie jedna z najaktywniejszych firm technologicznych…


Google na celowniku

Donosiliśmy już o sporach, jakie toczy Google z wydawcami
prasy oraz o próbach uchwalania w państwach Unii Europejskiej ustaw
anty-googlowych (na marginesie, na tym froncie firmie doszedł ostatnio nowy
przeciwnik w postaci Portugalii). To jednak nie wszystkie problemy firmy z
Mountain View. Ostatnimi czasy urzędy ds. ochrony danych osobowych z 6 krajów
UE rozpoczęły postępowanie w sprawie polityki prywatności stosowanej przez
firmę od marca 2012 r. Przypomnijmy, wcześniej Google stosował różne polityki
prywatności w różnych swoich usługach. Od 2012 r. jednak wprowadzono jednolitą
politykę tego typu (na chłopski rozum, ma to sens) z, jednak, tzw. małą
gwiazdką. Zastrzeżenie jest takie, że Google ma prawo w ramach nowej,
jednolitej polityki prywatności do tzw. łączenia danych użytkownika z różnych usług. Ten tajemniczy i nieostry zapis wzbudził podejrzenia urzędników
zajmujących się ochroną danych osobowych. Argumentują oni, że zapis ten
powinien być bardziej precyzyjny. Użytkownik usług Google’a ma bowiem prawo
znać metody łączenia danych o nim oraz sposoby wykorzystania tychże. W
przeciwnym wypadku, zgadzając się na tak skonstruowaną politykę prywatności, de
facto zgadza się na bardzo rozbudowane i niedefiniowalne sposoby użycia danych
o sobie.

Oczywiście, Google kontrargumentuje. Podstawą tej
argumentacji jest to, iż łączenie danych o użytkownikach ma za zadanie po
prostu umożliwić świadczenie im lepszych usług. Faktycznie, dowolność operacji
i łączenia danych o użytkownikach teoretycznie daje duże możliwości w zakresie
personalizacji tego, co jest wyświetlane na ekranie danego urządzenia dla danego
użytkownika. Tym niemniej, to jest raczej argument przemawiający za interesem
ekonomicznym firmy, a nie za ideą dbałości o użytkowników.

Powyższy spór na pewno będzie miał odpowiedni priorytet w
działaniach amerykańskiej firmy. A to za sprawą potencjalnych sankcji na naruszenie przepisów o ochronie danych osobowych. O ile do tej pory kary
finansowe w tym zakresie dla firmy wielkości Google’a były (są) mało dotkliwe,
to wkrótce może się to radykalnie zmienić. Trwają bowiem prace nad zmianą
przepisów, która ma umożliwić karanie "niepokornych" firm sankcjami finansowymi
rzędu 2% wartości rocznej sprzedaży. Jak widać, więc także urzędnicy europejscy
odkryli uroki skalowania. Zazwyczaj skaluje się np. wydajność jakiegoś systemu.
W tym przypadku mamy do czynienia ze skalowaniem dotkliwości kar do wielkości
danego naruszyciela przepisów (tj. skalowalna jest, mówiąc po prawniczemu,
dolegliwość kary). Dodatkowa refleksja jest taka, że do niedawna niektóre firmy
były postrzegane jako podnoszące ręce na wolność obywateli i internautów. Z
kolei firmy takie jak Google były z kolei traktowane jak bojownicy o wszelkie
możliwe swobody cyfrowego świata. A tu, proszę, coś się zmieniło. Jak mawiali
Rzymianie, "o tempora, o mores".

Co więcej, Google ma również problemy na polu biznesowym.
Chińska wyszukiwarka Baidu ogłosiła, że pracuje nad okularami w stylu Google Glass… A tymczasem premiera tego gadżetu Googla’a zbliża się nieubłaganie… Ale
to temat na oddzielne opowiadanie.


Naprawiania e-sądu ciąg dalszy

Jeśli mowa o obyczajach, to swego czasu głośno było o
patologiach e-sądu (statystycznie marginalnych, ale na tyle licznych, że bardzo rzutujących na ocenę tego, wydawałoby się, sztandarowego sukcesu polskiej
e-administracji). Pisaliśmy o tym także na naszych stronach. Gwoli przypomnienia,
okazało się, że w e-sądzie wręcz za łatwo jest złożyć pozew (choć niby taki był
zamysł). W efekcie, wielu pozywających w złej wierze podawało nieaktualny adres
dłużnika, czego efektem było pozbawienie tegoż realnego prawa do obrony
(polskie prawo zakłada przyjęcie skuteczności doręczenia po dwukrotnym
nieodebraniu pisma przez pozwanego – efektem jest wyrok w postępowaniu bez
udziału pozwanego). Sejm poprawił omawiane przepisy wprowadzając obowiązek
podawania numeru PESEL (lub KRS) pozwanego oraz ustalając kary dla pozywającego
lub jego pełnomocnika za podanie nieprawidłowego adresu pozwanego w pozwie.

Inne zmiany zaproponowane przez Sejm to możliwość wstrzymania egzekucji przez
pozwanego, jeśli nakaz zapłaty został wydany w postępowaniu bez jego udziału
oraz ograniczenie właściwości e-sądu tylko do spraw, w których obowiązek
zapłaty pojawił się nie dawniej niż 3 lata przed wniesieniem pozwu. Powyższe
propozycje zmian trafiły kilka dni temu do Senatu. Jednocześnie, kwestia
podawania numeru PESEL w pozwie zaniepokoiła środowiska prawnicze (adwokaci i
radcowie prawni), którzy zaczęli się zastanawiać nad realną możliwością
pozyskania numeru PESEL pozwanego i kosztów realizacji takiego obowiązku.
Entuzjazmu środowiska prawniczego nie budzą również możliwe kary za brak podania
takiego numeru lub podanie złego adresu dłużnika (pozwanego). Prawnicy wskazują
także, że uzyskanie numeru PESEL nie zawsze jest łatwe i oczywiste. W przypadku
braku wiedzy na ten temat po stronie powoda, należy złożyć odpowiedni wniosek
do odpowiedniego rejestru. Zasadność wniosku podlega zaś swobodnej ocenie
urzędnika. Dodatkowo, za pozyskanie numeru PESEL na drodze formalnej należy
uiścić stosowane opłaty, co podraża postępowanie przed e-sądem (z założenia
proste i tanie).

Senat częściowo przychylił się do argumentów środowisk
prawniczych i przedsiębiorców. Mianowicie zdecydował, że jeśli powód nie poda
w pozwie numeru PESEL (lub KRS), sąd z urzędu wystąpi o jego dostarczenie do
stosowanego organu. Z drugiej strony, Senat zaostrzył kary za podanie
nieprawidłowego adresu pozwanego w pozwie. Pozostałe zmiany zaproponowane przez
Sejm pozostały bez zmian. Pozostaje teraz czekać jak zmienione przepisy wpłyną
finalnie na działanie e-sądów. W tej sprawie faktycznie nie ma czego zarzucić
ustawodawcy. Zareagował na problem, ale materia jest na tyle delikatna, że
bardzo trudno przewidzieć, w jakim kierunku pójść z postulowanymi zmianami, aby
nie wylać dziecka z kąpielą, czyli nie zniszczyć tego, co stanowi o wartości e-sądu,
tj. jego dostępności, szybkości i niskiej kosztowości.


Giełda na dopalaczu

Data 15 kwietnia 2013 r. to data historyczna dla Giełdy Papierów
Wartościowych w Warszawie. Tego dnia właśnie GPW przeprowadziła pierwszą sesję
w nowym systemie transakcyjnym UTP (Universal Trading Platform). Oficjalny
komunikat GPW informuje, że:

  • notowania przebiegły prawidłowo zgodnie z nowym harmonogramem, a otwarcie i zamknięcie sesji odbyło się bez zakłóceń; oraz, że
  • podczas pierwszej sesji całkowita wartość obrotów akcjami wyniosła 752,8 mln zł, a inwestorzy zawarli w sumie 54 744 transakcji.

Nowy system zastąpił system Warset, działający od 17
listopada 2000 r. Uruchomienie nowego systemu to bez wątpienia duży sukces giełdy (system umożliwia m. in. zmiany w codziennym harmonogramie sesji
giełdowych). Warto w tym miejscu jednak wspomnieć, że uruchomienie UTP
poprzedził spór między władzami GPW a domami maklerskimi, które twierdziły, że
forsowanie kwietniowego terminu uruchomienia UTP niesienie zagrożenia dla
bezpieczeństwa obrotu. Prezes GPW w liście do biur maklerskich ripostował, że
takie stawianie sprawy jest przerzucaniem na GPW kwestii indywidualnego
przygotowania poszczególnych biur do współpracy z nowym systemem. Wydaje się, że wiele biur miało problemy z przygotowaniem się do obsługi nowego systemu
transakcyjnego od strony informatycznej. Władze warszawskiego parkietu w końcu
postawiły jednak na swoim i system ruszył w założonym terminie.

Yahoo! na
zakupach

Dodajmy, dość dziwnych. W obecnych, kryzysowych czasach można
zaobserwować ciekawe zjawisko. Firmy, zwłaszcza technologiczne, mają duże
zapasy gotówki, ale ich nie inwestują. A przynajmniej, nie inwestują w całości. Takie
firmy jak Apple, Microsoft czy Google dysponują łącznie setkami miliardów
dolarów nadwyżek finansowych, z którymi, czasem się zdaje, nie mają wręcz pomysłu,
co zrobić (ileż można wypłacać dywidendy…). Część środków idzie oczywiście na
klasyczne R&D, ale też pokaźna część jest zachowywana na przysłowiową czarną godzinę (z czego trudno czynić zarzut), a jeszcze inna jest mniej lub bardziej
rozsądnie wydawana na różnego rodzaju przejęcia (można także na takie wydatki
patrzeć jak na swoiście pojęte R&D). Jeśli chodzi o ten ostatni rodzaj
wydatkowania zgromadzonych pieniędzy, także Yahoo! ma wiele do powiedzenia
(choć jest to firma w permanentnym kryzysie). Firma ta ma niebagatelny budżet (jak
na swoją ogólną sytuację) na przejęcia, który ostatnio przydał się (30 mln
dolarów) do wykupienia pomysłu (i firmy) pewnego 17-letniego Brytyjczyka (Nick
d’Aloisio). Ten nastolatek opracował aplikację Summly (na smartfony), która to
aplikacja inteligentnie streszcza wiadomości (sic!). Yahoo! chodziło głównie o algorytm (jego wydajność) zastosowany w Summly, bo rozwiązania jako takie są
powszechnie znane. Firma obecnie wycofuje program z AppStore. Zamierza
oczywiście wykorzystać pomysł młodego Brytyjczyka w swoich produktach i
usługach. Co ciekawe, Nick zachowa część udziałów w firmie, którą odsprzedał
amerykańskiemu gigantowi.