Big techy kontra internetowi wydawcy

Narasta konflikt między dużymi internetowymi wydawcami i właścicielami internetowych serwisów informacyjnych a big techami, przede wszystkim Google’em i Facebookiem. Wydawcy są zdania, że te amerykańskie korporacje czerpią z nie swoich treści, z których budują własne strony (wyniki wyszukiwania w Google czy „ściana” na Facebooku), na których wyświetlają reklamy, na czym zarabiają miliardy dolarów rocznie. W efekcie big techy ściągnęły do siebie większość globalnego rynku reklamowego, odbierając go dotychczasowym beneficjentom, czyli wspomnianym wydawcom czy właścicielom dużych portali internetowych. W tej sytuacji wydawcy chcą doprowadzić do takich zmian w prawie, które spowodują, że Google, Facebook, Twitter czy Microsoft podzielą się z nimi swoimi przychodami z reklam. Jednym z pierwszych państw, które zapowiedziało wprowadzenie stosownych przepisów, jest Australia.

Australijski rząd zapowiedział, że zmusi Google i Facebooka do płacenia tym serwisom, do których przekierowują one ze swoich stron ruch. Argumentem polityków jest to, że przecież gdyby nie serwisy zamieszczające artykuły w internecie, Google i Facebook nie miałyby do czego linkować, w efekcie ich biznes nie miałby sensu.

Przedstawiciele amerykańskich spółek wyrazili zdziwienie, czemu mieliby płacić za to, że dostarczają darmowy ruch do wspomnianych portali, na którym to ruchu przecież te portale też zarabiają, wyświetlając przychodzącym z Google czy Facebooka internautom reklamy. Ale Australijczycy pozostali nieugięci.

W efekcie Google zapowiedział, że zamknie australijską wersję przeglądarki, by uniknąć obciążenia finansowego. Z kolei Facebook zablokował swoim australijskim użytkownikom możliwość zamieszczania linków, a także zablokował wszystkie linki do australijskich stron.

Chociaż zaczynało się już robić gorąco, ostatecznie Facebook wycofał się z wprowadzonych zmian, a Google rozpoczął bezpośrednie rozmowy z australijskimi wydawcami, by w ten sposób wyprzedzić ewentualne zmiany w australijskim prawie.

Wydarzenia te są jednak początkiem do większego procesu mającego na celu uregulowanie współpracy między internetowymi hegemonami a faktycznymi twórcami treści, bez których taki Google faktycznie nie miałby sensu (wyobraźmy sobie sytuację, że wszystkie internetowe serwisy informacyjne zamieszczające jakiekolwiek artykuły blokują indeksowanie swoich stron przez Google – co wówczas znaleźlibyśmy w wynikach wyszukiwania?). Zdaniem prawników niezbędne są odpowiednie zmiany w prawie, które sprecyzują dalszy sposób funkcjonowania największych internetowych podmiotów. Ten temat był przedmiotem naszej rozmowy w 46 odcinku programu ITbiznes na antenie kanału Biznes24.

Dodaj komentarz