Jeszcze (Wirtualna) Polska nie zginęła…

Historia, o której chcę Wam dziś opowiedzieć, jest zaiste historią ciekawą i intrygującą, motywującą i pouczającą, a ponadto naprawdę miała miejsce i ma swój bieg w chwili obecnej. A było i jest to tak.
Drzewiej, kiedy to cyberświat w naszej okolicy był jeszcze w wieku niemowlęcym, kilku młodzieńców po pobraniu nauk różnych w dziedzinach ich interesujących, postanowiło zaistnieć w świadomości swych rodaków i wzorem krajów dalekich i zamorskich postanowiło obdarzyć nas wiedzą dotychczas nam nieosiągalną.

Jak postanowili, tak też uczynili. Przy pomocy majątków własnych i przy wsparciu swych rodów utworzyli pierwszy na terenie krainy swojej portal. Ochrzcili go nazwą „Wirtualna Polska”.

Pomysł ten, będący swoistym przeszczepem idei z krajów bardziej oświeconych, pełniący rolę światła w czeluściach polskiego cyberświata, trafił na grunt głodny i płodny. Jako, że pomysł był nowatorski, a ludności ciekawej nowin, jakie niosą zawsze rewolucjoniści i głosiciele prawd nowych nie brakowało, Wirtupolanie coraz częściej proponowali gościom swym nowe możliwości czerpania ze swych zasobów. W taki oto sposób powstała poczta, gdzie goście mogli wymieniać się korespondencją i podnosić swój kunszt w epistolografii. Prawdą jest oczywiście, że nie tylko do pisania wytwornych i zdobionych pięknymi słowami wymian myśli wyższych i wyznań uczuć własnych służyła. Jednak, jak to w życiu bywa, również do historyjek zwyczajnych i bałamutnych, pisanych językiem potocznym, jak i prostackim służyć mogła.

Z czasem użytkownicy, jak i goście nowi, w Wirtualnej Polsce zapragnęli czegoś więcej, a ich pragnienia jak zwykle zostały zaspokojone przez „ojców założycieli”, w skutek czego społeczność Wirtupolan rosła i rozwijała się w sposób nader wyśmienity. Z czasem chęć przystąpienia do grona zacnych Wirtupolan zaczęli zgłaszać kupcy i rzemieślnicy cechów wszelakich, chcących oferować swe produkty i usługi coraz to większej społeczności funkcjonującej w cyberświecie pod sztandarami Wirtualnej Polski.

Nasi dzielni młodzieńcy, którzy zapoczątkowali cały ten proces, byli dumni ze swojego dzieła i z coraz to większym zapałem pracowali na jego rzecz i chwałę.

Jednak i dla nich nadeszły czasy ciężkiej próby i konfrontacja z twardymi realiami ekonomii. Skutkiem tego były kłopoty związane z brakiem środków na rozwój technologiczny, a co za tym idzie, niemożność całkowitego zaspokojenia co i raz rosnących oczekiwań Wirtupolan.

Po czasie jakimś jednak pojawił się, jak wówczas uważano, dobrodziej, chcący pomóc w dalszym rozwoju Wirtualnej Polski. Był nim nie kto inny, jak niejaki Rychard z Prokomowic – magnat pomorski, znany w całym kraju posiadacz majątków wielu i manufaktur związanych z cyberświatem. Magnat ów wspomógł „ojców założycieli” sakwami z pieniędzmi. Oczywiście nie za darmo, bo gdyby robił coś za darmo, to pewnym jest, że i magnatem by nie był. Za wsparcie zażądał 50% udziałów. Ponadto zobowiązał się pomóc w prowadzeniu Wirtualnej Polski, a jak trzeba, to i kolejną sakwą gotówki obdaruje. I tak przez kilka lat następnych, mimo wciąż rosnącej konkurencji, Wirtualna Polska rosła niczym Wielkanocna Babka, będąc jednym z najlepszych i najpopularniejszych portali w naszym zacnym kraju.

Aż nastał rok pański 2001 i do drzwi „ojców założycieli” zapukał absztyfikant wytworny, w modnych szatach i z majątkiem pokaźnym, z zapytaniem czy może ubiegać się o rękę Wirtualnej Polski. Był nim TP Internet – syn zacnej Tepsy, rodem ze Skarbu Państwa i jej frankońskiego odpowiednika, posiadającego również liczne koneksje administracyjno-państwowe. Ojcowie Wirtualnej Polski po naradach doszli do wniosku, że ów narzeczony jest idealnym kandydatem (wzajemne interesy jego samego, jak i jego wybranki dobrze się uzupełniały) do reki ich dziecka i mając na względzie pochodzenie, jak i obietnice nie hamowania, a wręcz pomocy w dalszym rozwoju Wirtualnej Polski, zgodzili się na zawarcie małżeństwa. Po tych deklaracjach dość szybko doszło do spotkania biegłych w prawie i ekonomii przedstawicieli obu rodzin, w celu ustanowienia intercyzy, w świetle której panna młoda, a właściwie jej ojcowie mieli dostać kilkaset sakiewek pełnych gotówki i nadal mieć pokaźny wpływ na rozwój ich dziecka. Byli dość spokojni o los Wirtualnej Polski, bo mimo tego, że TP Internet miał już dużo do powiedzenia w sprawie losów ich dziecka, to jeszcze widzieli sojusznika w dobrym rozwoju wyżej wymienionej w Rychardzie z Prokomowic.

Jakże naiwnymi byli szukając tam ratunku. Rychard dość szybko oznajmił, że już dalej losem Wirtualnej Polski interesować się nie chce i sprzedał swe udziały rodzinie młodego żonkosia.
Ryszard zainkasował swoje i zajął się innym interesem.

Mimo tego małżeństwo przez lat kilka trwało w sposób dość poprawny, do czasu gdy „ojcowie założyciele” upomnieli się u rodziców TP Internet o wypełnienie zobowiązań zawartych w intercyzie.

A wówczas sielankowy nastrój dobiegł swego kresu i nadeszły czasy ostrego zatargu pomiędzy obiema rodzinami, które łożyły swe środki na Wirtualną Polskę. Jak donosiły biuletyny codzienne jeszcze na kilka tygodni wstecz patrząc, takie jak „Rzeczpospolita” i „Gazeta Wyborcza”, przedstawiciele rodu, z którego wywodzi się firma TP Internet i która jest większościowym sponsorem Wirtualnej Polski, wyrazili głębokie i ponoć ogromnie szczere chęci zasilenia majątku firmy sakwami nader rozdętymi w kwocie 120 milionów złotych! Mniemać by można, że wieść ta dobra jest względem wszystkich zainteresowanych, którzy szczerze i z zapałem przeogromnym starają się przegnać chmury czarne gromadzące się nad Wirtualną Polska. Mimo zapewnień płynących z obwieszczenia TP Internet, które rzecze, że rodzina możniejsza i większościowym udziałowcem będąca podejmuje się takiegoż kroku w celu ratunku i rozwoju WP, można wszelako się zastanowić, czy zaiste przemawiają za tym intencje szczere? A może tylko służyć ma za parawan postępowanie takowe, natomiast faktem prawdziwym jest przygotowanie do wrogiego przejęcia? Wydawać się może to prawdą, zważywszy na wcześniejsze obwieszczenia TP Internet, za nic mające sens zasilenia środkami w kwocie 48 milionów złotych, o które zabiegała rodzina założycieli.

Podumać by warto – co może mieć miejsce dalej? Można mniemać, że przed publikacją niniejszego obwieszczenia, TP Internet dokonała szczegółowych obliczeń co do możliwości finansowych rodziny założycieli i będących w chwili obecnej akcjonariuszami mniejszościowymi, chcącymi dokonać proporcjonalnego podniesienia swoich udziałów. Wniosek jest taki: 120 milionów w zupełności wystarczy na „wylogowanie” akcjonariuszy mniejszościowych z gry o przyszłość Wirtualnej Polski.

Przeszło tygodni sześć czy siedem temu, dla dobrego i pomyślnego obrotu spraw wokół Wirtualnej Polski mających swój bieg i jej dotyczących, została wprzódy zamówiona, a rychło zaraz odprawiona msza w intencji zażegnania sporu trwającego pośród rodzin zainteresowanych.

Jak oznajmiają doniesienia z biuletynów z ostatnich dni, te przypuszczenia były jak najbardziej prawidłowe, albowiem przedstawiciele akcjonariuszy mniejszościowych, czyli rodziny, z której szacowna się wywodzi, dotarli do dokumentów (dokonali zajazdu na siedzibę, w której zasiadał zarządca majątku Wirtualnej Polski i przywłaszczyli na czas jakiś jego notebooka!) świadczących o tym, że krewni i znajomi szacownej rodziny TP SA, jak i ona sama, dążyli za wszelka cenę (m.in. poprzez osłabienie akcjonariuszy mniejszościowych, co równym jest pomniejszeniu władzy dla rodziców WP, czy rozważane i brane także pod uwagę działania mające na celu zniechęcanie użytkowników, jak i reklamodawców do korzystania z usług Wirtualnej Polski) ku nie wywiązywaniu się z wcześniej zawartych porozumień.

W świetle zaistniałych okoliczności wydaje się, że decyzja Sądu gdańskiego o ustanowieniu zarządcy przymusowego w imieniu prawa włądzę swą sprawującego, w związku z procesem upadłościowym, i w świetle dokumentów dostarczonych przez akcjonariuszy mniejszościowych, jest jak najbardziej stosownym działaniem i może pomóc w uporządkowaniu spraw w Wirtualnej Polsce. W odwecie TP Internet wraz z rodziną, na niedawnym walnym zgromadzeniu akcjonariuszy przegłosowało zmiany statusu spółki, pomniejszając znaczenie głosów na WZA mniejszych akcjonariuszy na rzecz większych, czyli TP Internet.

Sądowy finał chyba jest nieunikniony, a jak to powiadała pewna matka z historii plebejskiego rodu Pawlaków w „Samych swoich” – „Sąd sądem, a sprawiedliwość po naszej stronie!” Pytanie tylko, kto ma więcej szabel lub pieniędzy na ich zakup i czy wzmocni się zaciągiem najemników z krajów odległych. Choć z drugiej strony trzeba pamiętać, że nie takie spory udawało się zażegnać, mimo wcześniejszych oświadczeń zwaśnionych stron i niemożności polubownego zakończenia konfliktu. Moim skromnym zdaniem, popartym obserwacją całej historii tej od samego początku, możemy spodziewać się jeszcze kilku dramatycznych zwrotów akcji w dramacie pt. „Wirtualna Polska”, której scenariusz życie napisze lepszy, aniżeli ten w znanych nam wszystkim dziełach Hitchcocka.

Dodaj komentarz