Kręta droga do cyfrowej szkoły

28 stycznia 2013 0 przez Marcin Kaczmarek

W ubiegłym roku rząd zatwierdził program Cyfrowa szkoła, którego celem jest opracowanie długofalowego planu informatyzacji polskiej oświaty. Projekt jest ambitny i zakrojony na taką skalę, jakiej do tej porty w naszej edukacji nie było. Docelowo uczniowie zamiast (lub oprócz) książek mają korzystać ze szkolnych komputerów, e-podręczników i internetu. Tylko kto zapłaci za komputery dla uczniów i nauczycieli, a tym bardziej za modne tablety? Czy polskie wydawnictwa dostaną szansę na wejście w świat cyfrowych podręczników, czy rząd, zgodnie z obietnicami, dostarczy darmowe zasoby edukacyjne dla uczniów? Sprawdźmy, jak to wygląda to na etapie pilotażu.

Zanim zaczniemy mówić o informatyzacji szkół, warto sobie uświadomić, kogo ona dotyczy. W Polsce mamy około 14 tys. szkół podstawowych, około 7,3 tys. gimnazjów oraz 11 tys. szkół ponadgimnazjalnych (licea, technika, szkoły zawodowe itp.). Daje to niemal 33 tys. szkół objętych w przyszłości – o ile reforma dojdzie do skutku – głębokimi zmianami. Obecny pilotaż jest prowadzony jedynie w podstawówkach, w klasach 4-6. Zgłosiło się do niego 3500 szkół, w drodze losowania wyłoniono 402 placówki.

Do podstawówek, gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych uczęszcza odpowiednio 2,2 mln, 1,3 mln oraz 2 mln uczniów – razem około 5,5 mln. Za ich nauczanie odpowiada ok. 400 tys. nauczycieli. Łącznie stanowi to 15% Polaków. To rzesza osób kupująca co roku miliony podręczników, zostawiająca w wydawnictwach około 1 miliarda złotych. W niedalekiej przyszłości ta grupa może potrzebować ogromnej ilości sprzętu komputerowego oraz elektronicznych podręczników. To ważna informacja dla całego polskiego sektora IT, na ktróry zostanie przeniesiony cały ciężar i odpowiedzialność za dostarczenie odpowiednich rozwiązań.

Co ma dać nowy system nauczania

Według założeń rządowego programu, w centrum zmian w szkolnictwie jest przede wszystkim uczeń. Ma on nabyć umiejętności korzystania z komputerów, elektronicznych podręczników i zasobów internetu – nie tylko w szkole, ale i w domu. Powinien się przekonać, że komputer służy do czegoś więcej niż tylko do gier i Facebooka.

Zamiast dźwigać kilogramy książek warte kilkaset złotych, może mieć w plecaku laptopa lub tablet, a na nim zestaw bezpłatnych e-podręczników, które będą obowiązywać w całej Polsce. Przynajmniej takie są założenia. Uczeń, który nie może być obecny na zajęciach, mógłby dołączyć do swojej klasy zdalnie. Zamiast wypełniać testy pisemne i zanosić do sprawdzenia, mógłby je robić przez internet. Taka przesiadka na elektroniczne pomoce dydaktyczne musi zmienić sposób prowadzenia lekcji w szkołach. Bo chodzi nie tyle o zamianę książek na komputery, lecz o wypracowanie innowacyjnych metod nauczania.

Co na to nauczyciele? Liczba zgłoszonych do pilotażu szkół doskonale świadczy o tym, że widzą oni potrzebę zmian. Rzutnik czy tablica interaktywna da im znacznie większe możliwości przekazywania wiedzy niż tablica i kreda. Elektroniczne sprawdziany umiejętności uczniów nie tylko same się sprawdzą (jeśli będą w postaci testów), ale też nauczyciel jednym kliknięciem będzie mógł zadać klasie odpowiednie prace czy wyświetlić historię postępów w nauce.

O ile jednak uczniowie zyskają od nauczycieli wiedzę potrzebną do poruszania się w nowoczesnych pomocach naukowych, to skąd mają tę wiedzę wziąć sami nauczyciele? Autorzy pilotażu pomyśleli również o tym. Na szkolenia współfinansowane ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego zarezerwowano 20 mln zł. Nie są to jednorazowe spotkania z trenerami, lecz stałe wsparcie udzielane przez 1200 e-moderatorów, a także 19 tysięcy koordynatorów, którzy mają pomagać, podpowiadać, rozwiązywać problemy podczas codziennych lekcji w szkole. Telewizja Polska ma przygotować audycje dla szkół, które będą dostępne w Internetowym Portalu Edukacyjnym (sam portal zaliczył opóźnienie – miał ruszyć latem 2012 r.).


Sprzęt dla ucznia – laptop czy tablet?

Lenovo, GoClever

Co będzie lepsze dla ucznia? Uniwersalny laptop, na którym da się zainstalować dowolne oprogramowanie, czy poręczny tablet, który zmieści się nawet do kieszeni, a zasilanie wystarczy na caly dzień nauki?

Największym obszarem informatyzacji szkół będą nowoczesne pomoce dydaktyczne: komputery, tablety, projektory czy tablice interaktywne. Jakie będzie zapotrzebowanie na nie i jak będzie docelowo będzie wyglądało ich użytkowanie, jeszcze nie wiadomo. Jednak spodziewamy się, że to one będą sprawiały najwięcej problemów. Podczas przetargów będą to problemy proceduralne, a dla uczniów i nauczycieli mogą być to setki różnych przeszkód natury technicznej. Sami wiemy, jak wygląda użytkowanie komputera na co dzień, a co dopiero w 30-osobowej klasie, gdzie co chwilę uczniowi zresetuje się system po instalacji aktualizacji, w klasie zabraknie gniazdek zasilających albo najzwyczajniej w świecie sprzęt odmówi posłuszeństwa. W wielu szkołach będzie brakować nawet odpowiedniej infrastruktury sieciowej, by podłączyć sprzęt do internetu. Nawet jeśli ona istnieje, to do średniej wielkości szkoły (160 uczniów) potrzeba administratora z prawdziwego zdarzenia (nie nauczyciela informatyki czy zewnętrznego e-moderatora), który będzie zarządzał siecią. Kupno komputerów to tylko niewielka część pracy, jaką trzeba wykonać.

Natomiast dla jednostek samorządu terytorialnego, odpowiedzialnych za prowadzenie szkół, zapewnienie takich pomocy dydaktycznych w przyszłości będzie stanowiło ogromne obciążenia finansowe (chyba że zostanie ono przeniesione na rodziców uczniów – na obecnym etapie nie jest to jasne). Kolejna kwestia to zapewnienie serwisowania sprzętu na odpowiednim poziomie, co spadnie na barki właścicieli sprzętu, czyli znowu na samorządy.

Finansowanie programu pilotażowego to zupełnie inna sprawa. Na zakup niezbędnych rozwiązań technicznych dla 402 szkół biorących udział w pilotażu rząd przeznaczył kwotę 44 mln złotych. Podział tej kwoty zależy od wielkości szkoły oraz jej wkładu własnego (minimum 20 procent, niekoniecznie w postaci gotówki, ale np. w postaci infrastruktury). Na jedną szkołę przypada średnio ponad 100 tys. zł.

Jak na początku pilotażu pisała Gazeta Prawna, dyrektorzy szkół zostali przytłoczeni organizacją przetargów na sprzęt, na którym się nie znają. Podczas pierwszych zakupów okazało się, że sprzedawcy oferują nie zawsze uczciwą pomoc w przygotowaniu specyfikacji sprzętu, a ich oferty przekraczają zakładany budżet. Firmy, wiedząc o dotacjach, oferowały laptopy i tablety po cenach znacznie odbiegających od rynkowych. Przetargi odwoływano, powtarzano, dlatego też pilotaż postępuje wolniej niż się spodziewano. Ministerstwo Edukacji Narodowej udostępnia dane z połowy listopada 2012 roku, według których sprzęt uruchomiono w 121 szkołach (spośród 402 szkół). Jeśli tempo zostanie utrzymane, w ostatnich placówkach pilotaż zacznie się z końcem roku szkolnego 2012/2013.

Ponadto można odnieść wrażenie, że na obecnym etapie kładzie się zbyt duży nacisk na laptopy, a za mały na tańsze tablety. Nawet poradnik Cyfrowa szkoła przygotowany przez Polską Izbę Informatyki i Telekomunikacji zawiera nie do końca rzeczowe i aktualne informacje (chwali notebooki i wskazuje na liczne wady tabletów, choćby ryzyko wysokich kosztów połączeń 3G). Tymczasem w szkołach, które nie biorą udziału w pilotażu, lecz informatyzują się na własną rękę, właśnie tablety są wybierane zamiast papierowych książek – to najlepsza opcja dla ucznia. Choćby dlatego, że ważą i kosztują kilka razy mniej, a bateria wystarcza na cały dzień nauki (czego nie można powiedzieć o komputerze). Generalnie na wolnym rynku laptopy są w odwrocie – dyrektorzy szkół nie powinni dopuszczać do tego, by zostały one wciśnięte do szkół.


Podręczniki – darmowe czy komercyjne?

wsipnet.pl

Elektroniczne pomoce dydaktycznie to nie nowość. W ramach programu Cyfrowa szkoła mają być ustandaryzowane i udostępnione za darmo. A może szkoły wybiorą komercyjne e-podręczniki?

Sprzęt to nie wszystko – niezbędne są elektroniczne zasoby, z których mają korzystać uczniowie i nauczyciele. Takie rozwiązania obecnie istnieją, jednak są mocno rozproszone: przygotowywane przez różne firmy, dostępne w postaci wolnych lektur czy komercyjnych aplikacji edukacyjnych.

Rząd ma inny plan: zostanie stworzona centralna platforma dla elektronicznych podręczników, które można będzie za darmo pobierać i używać w każdej szkole. Dzięki wolnej licencji można będzie je również modyfikować i udostępniać. W ten sposób mają one sukcesywnie zastępować drukowane. MEN zakłada, że docelowo z tych wolnych zasobów będzie korzystać 40 proc. szkół.

Przygotowanie pierwszych e-podręczników już trwa, ale uczniowie i nauczyciele w tym roku jeszcze ich nie ocenią. Prototypowe książki do matematyki, opracowywane na podstawie programu GeoGebra, mają być zaprezentowane do końca sierpnia 2013 roku, więc będą poddane testom w przyszłym roku szkolnym. Rok później będą opracowane następne pozycje, a cały zestaw cyfrowych 18 podręczników dla szkół podstawowych, gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, do 14 różnych przedmiotów (z wyjątkiem języków obcych) ma być gotowy do września 2015 roku. Oprócz nich powstać ma również 2500 dodatkowych, bezpłatnych materiałów uzupełniających.

Na projekt darmowych e-podręczników zarezerwowano 45 mln zł, zostanie on sfinansowany m.in. ze środków Europejskiego Funduszu Społecznego w ramach Programu Operacyjnego Kapitał Ludzki.

Ministerstwo Edukacji Narodowej wyłoniło już (w październiku 2012 r.) partnerów odpowiedzialnych za merytoryczną stronę e-podręczników. W przypadku książek do przedmiotów ścisłych jest to Politechnika Łódzka, przedmiotów humanistycznych – Uniwersytet Wrocławski, przedmiotów przyrodniczych – Uniwersytet Przyrodniczy we Wrocławiu. Partnerem merytorycznym w zakresie edukacji wczesnoszkolnej została Grupa Edukacyjna S.A. Partnerem technologicznym, odpowiedzialnym za "opakowanie" treści do odpowiednich plików i aplikacji zostało ostatecznie Poznańskie Centrum Superkomputerowo Sieciowe, działające w strukturach Instytutu Chemii Bioorganicznej PAN.

Wolne, bezpłatne zasoby edukacyjne byłyby prawdopodobnie idealnym rozwiązaniem dla rodziców dzieci, bo odciążyłoby ich portfele. Czy dla samych dzieci – nie wiadomo, bo pierwsze rządowe e-podręczniki jeszcze nie powstały. Ale pojawiły się już pierwsze zarzuty. Na przykład taki, że skoro podręcznik do matematyki jest tworzony na bazie programu GeoGebra, będzie wymagał wirtualnej maszyny Javy. Zatem jego uruchomienie na tablecie będzie niemożliwe (chyba że będzie to drogie urządzenie z procesorem x86 i systemem Windows).

Poza tym tworzenie e-podręczników od podstaw wydaje się wyważaniem otwartych drzwi. Wydawnictwa mają już przygotowane dziesiątki elektronicznych pomocy naukowych – wystarczyłoby zwrócić się do nich, zamiast angażować w tak nowatorskie projekty uczelnie (zresztą nie wiadomo, z jakim skutkiem). Dlatego pomysł darmowych e-podręczników spotyka się z ogromnym sprzeciwem wydawnictw. Oczywiście walczą one też (a może głównie?) o swój interes, bo w ten sposób stracą znaczną część przychodów. Jak wiadomo, czytamy mało – w ubiegłym roku statystyczny Polak przeczytał 6 książek, a podręczniki są pewnym źródłem dochodu. Dlatego też prawnicy, na zlecenie wydawnictw, przygotowali analizę prawną, według której, zgodnie z ustawą o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji, dostarczanie wolnych podręczników spełniać będzie wszelkie cechy porozumienia naruszającego konkurencję.

Z drugiej strony wydawnictwa zdają sobie sprawę, że odejście od druku wcześniej czy później nastąpi. Oferują więc szkołom informatyzującym się "na własną rękę" płatne wersje elektroniczne, tworzone na podstawie drukowanych. Takie rozwiązania przyjmują się bardzo dobrze, szczególnie w okresie przejściowym, bo uczniowie mogą używać wersji elektronicznej (np. na tablecie) lub papierowej, jeśli nie stać ich na odpowiedni sprzęt.

Jednak trzeba pamiętać, jaka jest największa wada tradycyjnych podręczników dla ich posiadaczy – nie można ich przekazywać kolejnym rocznikom uczniów. Jest za dużo wersji, a co roku ukazują się nowe wydania. Komercyjne wersje elektroniczne, np. z licencją dla jednego ucznia, zapewne tylko pogłębią ten problem.

* * *

Co do tej pory wynika z rządowych i "alternatywnych" programów informatyzacji szkół? Chyba głównie to, że nie można wszystkich mierzyć jedną miarą. Są szkoły mniej i bardziej przygotowane na nowinki technologiczne. Te pierwsze wolą papierowe podręczniki i szafki na nie, by uczniowie nie musieli ich dźwigać do domów. To rozwiązanie, które świetnie sprawdza się w wielu krajach. Tablet podłączony do szkolnej sieci Wi-Fi i internetu o przepustowości 100 Mb/s to na razie ekstrawagancja, ale z drugiej strony daje uczniom nieporównywalnie większe możliwości poznawcze. Poza tym, w perspektywie np. 3-letniego okresu nauczania w klasach 4-6 czy w gimnazjum, takie urządzenie kosztuje mniej niż zestaw książek na kilka lat.

Sytuacja z e-podręcznikami jest jeszcze bardziej zawiła. Obecnie wielu uczniów korzysta z komercyjnych podręczników elektronicznych, jak również innych pomocy edukacyjnych w internecie. Rząd obiecuje darmowe zasoby, ale ich jakość czy nawet możliwość uruchomienia na różnych platformach sprzętowych nie jest znana. Zatem najlepszym rozwiązaniem byłoby również pozostawienie prawa wyboru szkołom – niech nauczyciele wspólnie z rodzicami decydują, czy wolą podręczniki darmowe, czy komercyjne. Jedynym kryterium wyboru nie może być cena.